W 1947 roku Pendżab został przecięty granicą. Lahaur, dotychczasowa stolica regionu, znalazł się po stronie Pakistanu, a milionom ludzi po indyjskiej stronie zabrakło miasta, wokół którego mogliby się zebrać. Jawaharlal Nehru podjął wtedy decyzję, na jaką niewiele młodych państw się zdobywa: zamiast rozbudowywać istniejący ośrodek, kazał zbudować od zera nową stolicę. Miała być — jak mówił — symbolem wolności Indii, nieskrępowanym tradycjami przeszłości.
Nazwano ją Chandigarh. Plan urbanistyczny powierzono Le Corbusierowi, ale to nie on codziennie chodził po budowie. Przez kilkanaście lat mieszkał tam i pracował ktoś inny: Pierre Jeanneret, jego kuzyn i wspólnik, człowiek, którego nazwisko przez dekady stało w cieniu tamtego drugiego. To on zaprojektował meble, które wypełniły biura Sekretariatu, sale sądów, uczelnie i biblioteki nowego miasta. Wśród nich było krzesło o nogach w kształcie odwróconej litery V, z siedziskiem i oparciem z plecionej trzciny.
Kuzyn, który został
Pierre Jeanneret (1896–1967) i Le Corbusier prowadzili wspólną paryską pracownię od 1922 roku. Przez ponad dwie dekady byli nierozłączni — razem z Charlotte Perriand stworzyli meble, które dziś uchodzą za kanon modernizmu. Ale w historii designu utrwalił się podział ról: jeden był manifestem, drugi warsztatem. Jeden pisał teksty, drugi pilnował, żeby wszystko trzymało się w pionie.
Kiedy w 1951 roku ruszyła budowa Chandigarhu, Le Corbusier przyjeżdżał do Indii kilka razy w roku. Jeanneret się tam przeprowadził. Został szefem architektów miasta, kierował szkołą architektury, mieszkał w skromnym domu nad jeziorem Sukhna. Spędził w Indiach około piętnastu lat i — jak głosi przekaz przekazywany przez współpracowników — poprosił, by po śmierci jego prochy trafiły właśnie tam.
Ta decyzja wszystko zmienia w sposobie, w jaki należy patrzeć na jego meble. Nie były eksportem europejskiej idei. Powstawały na miejscu, z lokalnego tekowego drewna, w lokalnych warsztatach, rękami indyjskich rzemieślników, w klimacie, który bezlitośnie weryfikuje każdą konstrukcję. Jeanneret projektował nie dla galerii, tylko dla ludzi, którzy mieli na tych krzesłach przesiedzieć całe zawodowe życie.
Geometria, która nie potrzebuje ozdób
Konstrukcja krzesła Capitol Complex opiera się na jednym geście: dwie boczne ramy z litego drewna, każda w kształcie odwróconej litery V, rozchodzą się ku podłodze i spotykają w punkcie, w którym przechodzą w siedzisko. Nie ma tu żadnego elementu dodanego dla ozdoby. Każda płaszczyzna coś dźwiga.
Siedzisko i oparcie tworzą jedną, ciągłą sekwencję wyplecioną z wiedeńskiej trzciny. To materiał wybrany z bardzo praktycznego powodu — oddycha. W indyjskim klimacie, przy czterdziestu stopniach i wysokiej wilgotności, plecionka jest różnicą między krzesłem, na którym da się pracować, a takim, którego się unika. Estetyka jest tu skutkiem ubocznym rozsądku, co zwykle daje najlepsze rezultaty.
Cassina produkuje krzesło z litego dębu — naturalnego, barwionego na czarno lub na ciemny orzech — oraz z birmańskiego teku, wiernego oryginałowi. Wymiary pozostały takie, jak w Chandigarhu: 45 cm szerokości, 81 cm wysokości, siedzisko na wysokości 43 cm. To mebel zaskakująco kompaktowy, znacznie mniejszy, niż sugerowałaby jego obecność na zdjęciach.
W Chandigarhu ta sama zasada konstrukcyjna obsłużyła całą rodzinę mebli: krzesła biurowe, fotele z podłokietnikami, biurka, stoły konferencyjne, leżanki. Jeden pomysł, dziesiątki wariantów — dokładnie tak, jak w architekturze Le Corbusiera, gdzie moduł powtarza się w różnych skalach. Wersja bez podłokietników, z krótszymi bokami, jest wśród nich najbardziej rozpoznawalna, bo to w niej geometria widoczna jest najczyściej.
Od biurka urzędnika do domu aukcyjnego
Przez dekady nikt nie traktował tych mebli jak dzieł sztuki. Były wyposażeniem biur — używanym, naprawianym, a gdy się zestarzały, zastępowanym stalowymi i plastikowymi następcami. Część trafiła na składowiska i do przypadkowych rąk. Dopiero na przełomie wieków zachodni kolekcjonerzy, dealerzy i domy aukcyjne zorientowali się, czym naprawdę są te tekowe krzesła z indyjskich urzędów.
Ceny oryginałów poszły w górę tak gwałtownie, że historia Chandigarhu stała się tematem debat o dziedzictwie, własności i tym, co wolno wywieźć z kraju. Meble Jeannereta zaczęły pojawiać się w domach zbieraczy, w sesjach zdjęciowych, w hotelowych lobby na całym świecie.
W 2019 roku Cassina zamknęła ten obieg, uruchamiając kolekcję Hommage à Pierre Jeanneret — oficjalną, autoryzowaną reedycję projektów z Chandigarhu. Znaczenie tej decyzji wykracza poza handel. Meble, które powstały jako przedmioty publiczne, wróciły do produkcji jako przedmioty dostępne, z pełną atrybucją nazwiska, które przez pół wieku bywało pomijane.
Prostota, która nie zestarzała się ani o dzień
Capitol Complex działa dziś z tego samego powodu, dla którego działał w 1955 roku: nie ma w nim ani jednego zbędnego elementu. Drewno, plecionka, kąt. Trzy decyzje, z których wynika wszystko pozostałe.
Jest jeszcze coś, co trudniej nazwać. To krzesło wygląda na zrobione ręką — i rzeczywiście jest, bo plecionkę trzciny wciąż wykonuje się ręcznie. W czasach, gdy większość mebli wychodzi z prasy w jednym cyklu, taka faktura ma wartość, której nie da się podrobić nadrukiem. Trzcina z czasem ciemnieje, drewno nabiera patyny. Mebel starzeje się razem z wnętrzem, zamiast się z niego wykruszać.
Postawiony przy biurku, przy stole jadalnym albo pojedynczo pod ścianą — za każdym razem wnosi tę samą spokojną, zdyscyplinowaną obecność. Nie jest ozdobą pokoju. Jest jego konstrukcją.
Jeśli szukasz mebla z prawdziwą biografią, który łączy rzemiosło z historią architektury XX wieku — Capitol Complex Chair znajdziesz w ofercie Atak Design. To jedno z tych krzeseł, które warto mieć pojedynczo, nawet jeśli nigdy nie kupi się kompletu.
